Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/309

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Nic już nie rzekła aż do końca. Źrenice oczu skryły się w cieniach rzęs. Na ustach wyraz bolesny. Włosy, rozrzucone w tańcu, tworzyły dokoła zbielałej twarzy złotolitą burzę.
Rafał wcisnął się w tłum mężczyzn i stanął w przejściu, wiodącem do sali sąsiedniej. Tył głowy wsparł o ślizkie odrzwia mahoniowe i otwartemi oczyma patrzał w dal. Zbliżył się do niego Krzysztof i rzekł:
— Bądź gotów.
Rafał spojrzał na niego z ukosa i uśmiechnął się dobrodusznie. Rzekł cicho głosem spokojnym i łagodnym:
— Bardzo mi się podobasz dnia dzisiejszego.
— Ale z ciebie tancmistrz nielada...
— Tak sądzisz?
— O, wierz mi, powinieneś był dawno wstąpić do baletu w Krakowie... Nie byłbyś się tułał po gościńcach...
— Jesteś, ile sobie przypominam, złośliwy, mości Cedro. Lubię dobry dowcip, a bez złośliwości niema dowcipu. Obawiam się, że dziś rano zginiesz. Wiesz, idź do sąsiedniego pokoju, napisz testament według reguł procedury austryackiej, a mnie możesz, jeżeli ci to w smak pójdzie, zrobić generalnym spadkobiercą.
— Zapiszę ci, ale nie tak znowu wiele... — rzekł Krzysztof ze złym uśmiechem. — Co najwyżej mogę ci w spuściźnie przekazać ten frak, który masz na sobie i w którym tak misterne stroiłeś piruety. Pończochy również i trzewiki...
— Jakże śmiesznym jest mąż, któremu zazdrość dziurawi skorupę mózgu!