Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/267

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    samemu ostrze bolesne zwracała, wyszedł z tego zebrania. Unikał też odtąd następnych. Spędzał dni sam, najczęściej w gondoli. Jeżeli morze było niespokojne, wałęsał się w obrębie lagun od Giudecci po Murano, zwiedzał brzegi twardego lądu od Pesine do Mestre. Codziennie pozdrawiał ulubiony swój most dei Sospiri. Kształt tego mostu był jakby wmurowany w jego myśli i stał się symbolem pewnych zajść duchowych. Niby dziwne, magiczne szkło dawał widzieć całą prawdę życia. Z głębi jego okien, dzierganych w kamieniu, zdawały się patrzeć bolesne oczy Jakóba Foscari, kiedy wracał do swego więzienia... Nad swobodnemi wodami stała ta droga wzdychania w obliczu śmierci między tem, co jest najbardziej rozkosznego w życiu ludzkiem, a tem, co jest największem złem. Dzieje nieszczęścia uczyniły ją piękną i godną myśli nigdy nieuprzykrzonych. Dzieje niepodległej siły ducha owiały westchnienia rodu ludzkiego. Gdy zdarzył się dzień cichy, książę wyruszał o żaglu na morze i spędzał tam dzień cały. Szczególnie udał się jeden dzień pogody zupełnej, jasności zupełnej, dzień senny po jesiennemu, przejrzysty i niezwykły. Łódź nie kołysała się wcale. Morze było tak ciche, że tworzyły się na niem w matowych polach świetliste miedze i drogi, niby polne szlaki między rolami zredlonemi pod wiosnę. Były momenty olśnień szczególnych, kiedy ruchliwe wody straciły wyraz ciekłości, stawały się bezwładne, zastygłe, przejrzyste aż do samego dna, jak niezmierzony otwór wyszlifowany i drążony w górskim krysztale. Wszystkie dokoła łodzi nie fale, lecz kręgi i okrągłe zwoje wody miały jednakową barwę bez cieniów. Brzeg Lido i Malamocco roz-