Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

tapiał się i ginął w morzu. Ląd był okryty białemi mgłami, a śnieżne Alpy Julijskie zdały się być przemijającym obłokiem. Daleko z południowej strony leżały nad słonemi wodami chmury płasko rozciągnięte, mamiąc oczy, jak gdyby bliski ląd, na którym sinieją pasma gór, ukrytych w tajemniczych tumanach. Tylko jakiś samotnie stojący w niebiosach obłoczek tej samej barwy kłam zadawał złudzeniu.
Wracając z tej wycieczki, książę ostrzeżony był przez gondolierów, że na plac wysiadać nie można. Łodzie, jak stado rozbitych kaczek, miotały się u wejścia do wielkiego kanału i tłukły pod brzegiem kamiennym. Istotnie, przebiwszy się przez tłum czarnych stateczków, książę spostrzegł na wybrzeżu Piazetty linie wojska z bagnetami, zwróconemi ku morzu, a nadto paszcze dział i kanonierów z zapalonymi lontami. Kazał podjechać do brzegu i wysiadł... Ale gdy chciał wstąpić na plac, pierwszy żołnierz z brzegu kolumny skierował ku niemu bagnet. Książę spojrzał na jego mundur, w oczy i na chybił trafił rzekł po polsku:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus...
— Na wieki wieków... — rzekł tamten z niekłamaną radością i wszystek się przemienił w uśmiech przyjazny. To samo jego koledzy z szeregu.
— Puśćcie mię, panowie bracia, na plac?
— Nie możemy... — odpowiedzieli szeptem. — Niko o na plac nie puszczamy.
— Toż czemu? Wczoraj było wolno a dziś nie?
— Cały garnizon pod bronią.
— A wy jakiejże broni jesteście?
— My są strzelcy z pierwszego legionu generała