Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/196

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Staliśmy oko w oko, pierś przeciw bagnetowi na grobli, w opłotkach Chebdzia... Tyś zrobił swoje nie gorzej od Żółkiewskiego...
    — Milczałbyś oto waćpan! — rzekł Piotr grubiańsko i ordynarnie. — Żółkiewski nie odszedł żywy z placu honoru. Waćpan nie wiesz, czy jak? Dał głowę. Tak, jakby ją kazał wbić na spisę dla wiekuistego przestrachu pokoleń. Nie wyprzysiągł się pod mieczem swego Boga.
    — Bo też i było o co karku pod cios nadstawić. Ale ty, mospanku, wspomnij tylko, coś za dni swych widział. Byłaż to pospolita rzecz Żółkiewskiego? Te stada ludzkiego bydła z szablami u boku, któremi na sejmikach rąbało każdą głowę mądrzejszą. Gdy sobie wspominam owe bandy jurgieltne, owe pyski, ryczące na rozkaz, owe puste, nikczemne, golone łby, które miały władzę stanowić, żal się Bożel — prawa... wyznaję, wyznaję...
    Na twarz Piotra Olbromskiego wydobył się uśmiech z pod serca, coś jak przykre tchórzostwo. Książę ciągnął dalej:
    — Toż pamiętam aż do tej chwili sejmiki. Sejmiki! — powtórzył głosem najbardziej zjadliwym, jaki tylko być może. — Mój ojciec... kandydował. Wyszedłem był wówczas ze szkoły i na owe sprawy patrzałem ze czcią, jako na rzeczy święte. Towarzyszyłem ojcu. Pomnę, gdyśmy przejeżdżali obok podmiejskiego błonia, gdzie się mieściło obozowisko panów braci równych wojewodzie... Nigdy nie wyjdą z mej pamięci owe namioty na drągach, okrytych brudnemi płachtami, budy z gałęzi, żerdzi i darniny, gorejące ogni-