Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/195

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    pochylając kapelusz. Oczy jego z natarczywą uwagą, spoczywały na twarzy Piotra, który siedział, patrząc w ziemię z taką grzeczną obojętnością, jakby przed chwilą rozmawiał o upale, albo o szemraniu pszczół. Po długiem milczeniu książę rzekł twardo i sucho:
    — Jest to sztych nieodbity. — Wreszcie cóż począć! Żadnej rady, żadnej, żadnej! Ziemia tylko pod stopami została, niebo nad głową. Słońce i nam świeci. Podnieść oczy winni jesteśmy — i żyć. Piotrze, mówisz, żeś wziął determinacyą po dojrzalszym namyśle, a mnie się widzi, że wciąż krzywo myślisz.
    — Wszak to nikomu szkody nie przyniosło i dziś nie przynosi.
    — Tobie przyniosło szkodę! Zabiło w tobie dzielne, przyjemne, czynne uczucie.
    — Wdzięczny jestem księciu za wyrażoną kompasyę... Ale, jak sam mówisz, cóż począć? qui ne sait nager, va au fond. Ja należę do bardzo złych pływaków. O jednego też mniej. I to wszystko. Niech inni podniosą głowy — i żyją.
    — Nie chciałbym mieszać się i wchodzić w twe życie... Tylko... Na jednej ławce siedzieliśmy, w jednym glicie stawaliśmy w szkole i w polu. Widziałeś mię przy sobie w bitwach. Przecież sam dobrze wiesz, jak cię kochałem... — wybuchnął.
    — Mości książę...
    — Wiem, co mówię! Nikt nie był bardziej, niż ty, gotów do hazardu życia. Ale też... Gdy teraz na ciebie opuszczonego tutaj patrzę, zda mi się, że spełniam zbrodnię. Dlaczego jesteś tak? Tak inny? Smutny? Czego chcesz? Cóżeśmy mogli czynić więcej?