Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/194

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Czemużbyś się wzdragał patrzeć w życie i poić niem, pókiś młody? Czytam w tobie, jak w księdze. Te same tłamsisz w sobie zaskórne myśli, jak wówczas, gdyś mię na lekcjach Łęskiego, Hubego, Steynera, albo później nocami w namiocie pozbawiał snu. Pamiętam straszne twoje rozmowy...
    — Nie wiedziałem, że były tak straszne... — rzekł Piotr i zaśmiał się szyderczo, długim i ostrym śmiechem.
    Oczy księcia omgliła duma i wzgarda. Mówił zwolna i grzecznie:
    — Dziś już mowa twoja nie potrafiłaby wyrzynać na mem sercu owych bolesnych hieroglifów.
    — Bo też i objektu samego rozmowy niemasz. O czemże tu mówić? Najlepsza, co każdy z nas uczynić może, to milczeć. To jest sors takich, jak my...
    — No, śmiać się jeszcze przynajmniej pozwól. To naturze ludzkiej nie wadzi... Cóż u licha! Il n’y a si misérable qui ne puisse se consoler dans ses malheurs... Kiedy wstecz patrzę, czy wiesz, czego najbardziej żałuję? Oto tego, żem przez czas tak długi śmiał się tak mało, żem tak długotrwale był sensatem!
    — Dobrze mówi nasze chudopacholskie przysłowie: »Wolno panu, jako panu«.
    — No... pewnie. Toż pamiętam, że kiedy nas z korpusu, dla braku kawalerów do tańca, zapraszano na pokoje królewskie, tyś mię zawsze odmawiał i sam... za nic, choć obaj ślicznie tańczyliśmy. Powiedz, czemuśmy się wtedy nie bawili? Czemu nie poznawaliśmy dworu świata, cudnych kobiet?
    Rozmowa urwała się. Książę chłodził się, zlekka