Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/197

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ska, gdzie zarzynanano woły naszego kontrkandydata i pieczono ćwierci na rożnach. Beczki piwa i miodu, kufy gorzałki — cha, cha! — stały tu i owdzie, a dokoła nich taczała się z garnkami, ze szklankami, z dzbankami i skorupami w ręku istna horda tatarska, zwana partyą naszego antagonisty. Chude szkapska wałęsały się tu i owdzie, łudząc do reszty, że się jest w obozowisku kipczackiem. Panowie bracia w kapotach, w opończach, burkach, w butach wysmarowanych dziegciem, albo i bez butów, ujrzawszy nas jadących, poczęli coś w niebogłosy ryczeć i wyrywać z pochew szable. Tegoż dnia wzięli się do rabunku sklepów żydowskich, do wybijania szyb, odrywania okiennic...
    — Pocóż to wskrzeszasz, mości książę?
    — Poto, u licha, żebyś nie płakał nad rozwiązaniem praw onego bydła, twojego raju. Prawo to musiało być rozwiązane.
    — Ów raj był waszym, magnackim. Sam to mówisz.
    — Mój ojciec przepłacał, żywił, rozpajał swoją bandę, to prawda, ale w jakimże celu? Żeby walczyć w sejmie o dziedzictwo tronu. Zaiste czynił to wbrew własnemu interesowi. Boć, jeżeli kto, to pan mógł się czuć dobrze na tej drodze otwartej, która go wiodła, jeśli chciał, aż na tron.
    — Dawnom to już wszystko rozważał i na jedno przystał.
    — Temu właśnie, na coś przystał, zaprzeczam.
    — Już nic nie zmieni tego, co w sobie zamknąłem.