Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

głowy czeladzi, dziewek i parobków wiejskich, co z rozdziawionemu ustami patrzali nieruchomo na to pańskie »granie«.
Starsi z gości, nacieszywszy się rozkoszą młodych, natupawszy w miejscu i po wyładowaniu westchnień za ubiegłymi laty, rozpełzli się po stancyjkach dworu. Wszystkie alkierzyki i przybudówki z niskiemi powałami, o wybielonych wapnem belkach, pełne były gwaru i śmiechu. Każda z tych skrytek miała już swój choćby najmniejszy stół i grono biesiadników. Niektóre łączyły się między sobą nakryciami, tworząc jadalnię dziwnie pokrzywioną, która szła wskroś całego dworzyszcza. Jedzono na porcelanie, na cynie, na holenderskiej farfurze, na wszelkiem naczyniu, jakie w domu było. Przepłynęła już była kolejka gdańskich wódek, obnoszono potrawy, i strugą lać się zaczął węgrzyn. Szlachta piła. Większość przyjechała już dobrze podochocona, a teraz weseliła serce do znaku. Gospodarz, gospodyni, dwie ich córki i syn obsługiwali gości. Rafał, obchodząc gości z dzbanem wina, słyszał mimo chęci szeptane rozmowy.
— Beczkę węgrzyna sprowadził na saniach z Krakowa stary kutwa: słyszeliście?
— Cuda, cuda!...
— Starsza córka skwaśniała im na ocet siedmiu złodziei, więc teraz młodszą umyślili spróbować z innej beczki.
— Sarnie combry jadą! Widziałeś sąsiad.. Jak mi Bóg miły — sarnina!
— Combry, ale baranie.
— Mnie aby waszmość powiesz! Ja węchem po-