Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

znam cuch sarni, kiedy się jeszcze na brytwannie smaży, a dopieroż na półmisku...
Gdzieindziej mówiono jeszcze ciszej:
— Tańce w kuchni, a przyjęcie w bokówkach.
— Piastowskim obyczajem...
— Pastuchy od prosiąt w lejbikach z galonami.
Rafał płonął ze wstydu, gdy niespostrzeżony słuchał słów takich. Najbardziej go zabolał szyderczy śmiech pięknej pani.
Skoro tylko mógł się wymknąć, biegł do izby bawialnej. Tam ścigał oczyma błękitną panienkę. Smutek uciskał mu serce w chwili, kiedy spostrzegł, że, tańcząc z kim innym, była wesoła i rozbawiona. Kiedy go spostrzegła, oczy jej śmiały się jeszcze bardziej, jakoś promiennie i z radością. Wówczas na jedną sekundę nie rozstawały się ich oczy. Były ciągle zwrócone... Nawet podczas drabantów i anglezów, które usiłowała zainaugurować młodzież wykwintniejsza i bardziej światowa (od strony Zawichosta), panna Helena odwracała głowę w tym kierunku, gdzie był jej kawaler. Gdy w przerwach między jednym tańcem a drugim przechadzała się z towarzyszkami, Rafał przyłączał się do niej na chwilę. Nie mógł, poprostu nie był w możności oderwać oczu od tego widoku, jak usta jej uśmiechają się z dziecinną szczerością, a jednocześnie słowa są napuszone, i siła woli przymusowy wyraz powagi nadaje twarzy.
Kiedy tak błądzili między ludźmi, nie wiedząc, co do siebie mówić, ośmielali się każdem spojrzeniem i oczyma mówili sobie rzeczy niewysłowione. Były chwile nadziemskie, że szli obok siebie z utopionemi