Strona:PL Stefan Żeromski - Ponad śnieg bielszym się stanę.pdf/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


HELENA

Dnieje.

WINCENTY

To ja już jestem naprawdę w Łuży. Dziwne to wszystko, jakby się w śnie dokonywało. (Radośnie) Ja — w Łuży!

HELENA

Nareszcie ją zobaczyłeś i uczułeś w sobie!

WINCENTY

Czekajno, niechże ją naprawdę zobaczę!

(Dźwiga się z sofy i, stukając swą kulą, na której jest wsparty, podchodzi do okna. Rozgarnia kwiaty, stojące na oknie i patrzy w przestwór.)

Dzień wstaje. Patrz... nad stawem... te mgły. Widzisz je, Helenko? Jak cicho pełzną nad uśpioną jeszcze wodą... (Pauza.)
Cichy staw... Ciemny i cichy... Ani jedna fala, ani jedno drżenie nie rusza jego powierzchni. Cichy... (Z uśmiechem) Któżby pomyśleć mógł teraz, któżby uwierzył, że tak straszliwa potęga, tak nieopisana siła szaleństwa mieści się pod jego znieruchomiałą powierzchnią! Ja jeden wiem, jaka to furja zamyka się w tej toni spokojnej. Ja cię znam, przyjacielu!

HELENA

Nie miej do niego nienawiści. Patrz, jak niewymownie jest piękny.