Strona:PL Stefan Żeromski - Ponad śnieg bielszym się stanę.pdf/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— zdaleka, zdaleka, — Irenę... Byłbym zupełnie spokojny... Gdyby przez krótką tylko chwilę stała żywa i jasna... w mych żyjących oczach...

HELENA

A nie czujesz, Wiko, ile w tem twojem pragnieniu, wyrażonem w mej obecności, mieści się bezlitosnego okrucieństwa?

WINCENTY

Okrucieństwa — względem ciebie?

HELENA

Nie czujesz tego?

WINCENTY

Okrucieństwa... Chcesz tego, żebym jej nigdy nie zobaczył. Rozumiem cię. Bądź spokojna. Los i to sprawi, że już jej nigdy nie zobaczę. Nie wolno mi myśleć o tem, żeby ją zobaczyć, gdyż taka myśl — jest to ukrucieństwo. (Śmieje się.) Dobrze. Dobrze, Helenko! Już ani jedna myśl o Irenie nie przeciśnie się przez moją głowę. Ani jeden obraz jej nie zajaśnieje w moich oczach. Zamknę oczy, zacisnę moje serce, zagryzę wargi, wbiję paznogcie w moją dłoń. I już odemnie o niej nigdy nie usłyszysz. Znaj okrutnika! (Długo milczy.) Stanę się czysty, zuchwały i zawzięty, jak święty Jerzy... (Światłą w pokoju przybywa, gdyż świt się rozszerza)