Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/136

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    nieskończonego cmentarza... W duszy mojej jęczy przeraźliwy dźwięk dzwonu. Jak jąkała wymawia sylaby pewnego wyrazu, którego dosłyszeć nie mogę«...
    Przerwał, czując, że nie pisze tego, co jest wistocie, że prawdy samej, bezwzględnej, narywającej w sercu nie sposób zeznać słowami. Gdy tak siedział nad papierem zgarbiony, odczuł, że ktoś nad nim stoi. Był to Korzecki. Judym podniósł się z krzesła i wtedy dostrzegł, że tamten zna jego tajemnicę.
    — Przebaczcie, — rzekł Korzecki, — rzuciłem mimowoli okiem na papier, nie przeczuwając, że list piszecie. Czytałem tylko pierwsze wyrazy.
    — To nie był list! — mruknął Judym.
    Rozdarł papier na kilka części i schował je do kieszeni.
    — Przepraszam was! — mówił Korzecki miękkim, delikatnym głosem, jakiego Judym jeszcze nigdy w jego ustach nie słyszał.
    — Czy tu zostajemy?
    — Ale gdzież tam! Jedziemy dalej.
    — A dokąd?
    — Do mnie. Ja tu przecie nie mieszkam. To wy się tu może z czasem przyczepicie. Po drodze rzucimy okiem na lecznicę.
    — A do was daleko?
    — Trzy wiorsty drogi. Jesteście znużeni?
    — Dosyć. Chciałbym się przespać.
    — Zaraz będziemy w domu. Powiem jeszcze tylko przez telefon, żeby nam przygotowali herbatę.
    — Co znowu! Nie trzeba wcale. Ja przynajmniej nic jeść nie będę. Nic do ust nie wezmę.