Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


O ZMIERZCHU.

W życiu doktora Judyma zaczął się okres szczególny. Napozór była to taka sama egzystencya, te same obowiązki, takież dążności i starcia. W gruncie rzeczy jednak młody lekarz stał się, jak gdyby inną osobistością. To, co czynił, czem się zajmował, było zewnętrzną powłoką jego istotnej natury, czemś niby ciało, w którego głębi wykwitł duch samoistny. Leczenie chorych, rzeczy szpitalne i zakładowe, wyjazdy do dworów i wsi okolicznych nie uległy zmianie, owszem przychodziły z większą jeszcze łatwością, ale była to tylko eksploatacya żywej, kipiącej siły. Głąb duszy doktora Tomasza zajęło coś tak nowego, jak nową jest wiosna po twardej zimie.
Między jednym a drugim wschodem słońca zamknięte były jakby gaje czarodziejskie, dalekie od tego świata, schowane za wysokimi murami. Ciągle trwało to pachnące wrażenie, jakiego doznał w dniu kwietniowym, kiedy, przybywszy po raz pierwszy do Cisów, stał w oknie i patrzał w głębinę alei.
Jeszcze gałęzie drzew wysokich są nagie, szare