Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Myślał chwilę, a później mówił głośno, wstrząsając głową:
— Moja kochana, Bessemer jest wszędzie na świecie. Ja idę za nim. Gdzie mi lepiej płacą, tam idę. Mam tu siedzieć w tej dziurze? Niema głupich!...
W oczach Judymowej wędrowały wciąż ściany, okna i sprzęty. Upadła na poduszki, jak bezwładne drewno i osłupiałemi oczyma patrzyła się w malowane deski sufitu, który się z nią dokądś, w nieskończoność, w zaświaty posuwał, posuwał...