Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


lekarskich. Serce mu biło w piersiach. Ta twarz ze spuszczonemi oczami w głębi zielonego kaptura, przepyszne, rozrzucone włosy, wysuwające się na czoło, a szczególnie oczy, oczy i płomień rumieńca... Było to jakby urok dziwnego lasu, jakby się łączyło ze słońcem, które z za mgieł wypływało nad cichą, senną leśną głuszą. Judym stał bezradnie przy stopniach bryczki i zmrużonemi oczyma wpatrywał się w płochliwe rysy.
— E, proszę łaski panienki, cóż ta ukrywać przed panem, przed doktorem... — rzekł z nienacka furman, odwracając się bokiem. — My nie do spowiedzi, proszę pana doktora jeździli z panienką.
— Felek! — krzyknęła panna Podborska.
— Jeżeli sobie pani nie życzy... — rzekł Judym, uchylając kapelusza. — Nie chciałbym zrobić najmniejszej przykrości.
— No, przecie się ta rzecz nie ukryje, choćby my na głowie stanęli. Już i tak ludzie mielą jęzorami... — prawił Felek.
— Cóż takiego?
— My jeździli, proszę pana doktora, szukać jaśnie panienki, panny Natalii.
— Jakto szukać? — szepnął Judym ze zdumieniem. — Jakto szukać?
Zamiast odpowiedzi, panna Joanna zerwała się szybko i wysiadła z bryczki. Twarz jej była udręczona. Całe ciało trzęsło się, jak w febrze. Dała Judymowi znać oczyma, że chce mu całą prawdę powiedzieć, ale nie wobec furmana. Odeszli kilka kroków drogą w górę. Felek zrozumiał swą rolę i wstrząsnął z lekka lej-