Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


cami. Konie ruszyły i noga za nogą, wolniuteńko zstępowały ze wzgórza. Stukanie kół bryczki o korzenie sosen i świerków, przerzynających drogę, zagłuszało rozmowę.
— Natalka, — mówiła panna Joanna, — odjechała z domu bez wiedzy babki.
— Czy sama?
— Nie.
— Z panem Karbowskim?
— Tak... z panem, z panem... Karbowskim.
Mówiła, otulając się zarzutką, jakby ją przejmowało dręczące zimno:
— Biedna babunia... Tak strasznie nad tem cierpi. Poszła zaraz na grób pana Januarego i leżała w kaplicy krzyżem. Nie wiedzieliśmy... nie wiedzieliśmy, gdzie jest. Taki popłoch!
— No, a skądże wiadomo?
— Pan Worszewicz powziął skądś wiadomość jeszcze wczoraj, że Natalka odjechała do Woli Zameckiej. Nie mogę zrozumieć, skąd to mógł wiedzieć. To taki bystry człowiek. Domyślił się, że wezmą ślub w tym właśnie kościele, w Woli. Jest tam ksiądz, jakiś, podobno, niesympatyczny. I rzeczywiście. Zgodził się dać ślub. Widać na tej podstawie babunia wysłała mię wczoraj na noc Pojechałam niezwłocznie Pędziliśmy, co koń skoczy, ale wszystko na nic. Istotnie, tam ślub wzięli. Gdym przyjechała, już było po wszystkiem: wyjechali. Kazali powiedzieć, gdyby się ktoś dopytywał, że jadą wprost zagranicę.
— Proszę pani, to było... Może było do przewidzenia, nie to właśnie, ale coś w tym rodzaju.