Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Służę z gotowością.
— Co do tych bębnów folwarcznych. Niema sposobu, prawda?
— Niema żadnego.
— Worszewicz ani słuchać, podobno nie chce pańskich projektów przeniesienia Cisów na inne miejsce, naprzykład, w góry świętokrzyskie?
— Nie chce nawet paru czworaków posunąć wyżej na tutejszą, cisowską górę, a cóż dopiero mówić o górach świętokrzyskich... — rzekł doktór w tym samym tonie.
— Hm... To ile! Bo tutaj Joasia proponowała inną kombinacyę.
— Panna Podborska?
— Tak, tak... Chciała oddać swój pokój w skrzydle na pomieszczenie malaryków, żeby od nich szpital uwolnić. Ona tam zresztą ma jakieś swoje mrzonki, na czem się nie znam. Ale że to jest przecie jasne, jak płomyk i czułe, jak powój, więc nie mogę temu nie ulegać. Samo chciało w pasażyku, uważasz doktorze, obok stancyjki gospodyni... Otóż uradziłyśmy tu, żeby jej na urodziny, w listopadzie zrobić siurpryzę. Jest w lewej oficynie od południa stara piekarnia, całkiem dziś pusta. Tam jest izba ogromna, sucha i widna. Prosiłam pana Worszewicza, żeby kazał stamtąd wynieść wszelkie rupiecie, obielić ściany, wyrestaurować piec, opatrzeć okna... Możebyś zgodził się panie doktorze, tam te dzieci przetranzlokować? Niechże się to w zimie tam grzeje i ratuje... To dla niej, dla panny Podborskiej... na wiązanie...
— Czyżbym się zgodził!... Ależ...