Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ano to chwała Bogu.
— Te dzieci kuracyi nie potrzebują, tylko suchego mieszkania tu, na górze. Gdzież jest panna Joanna?
— Nie, nie, jej mówić nie trzeba! Dopiero w listopadzie otworzy się tę salę malaryjną i odda jej pontyfikalnie. Uważasz? Ona tam będzie sobie z tymi brudasami radziła. To jej rzecz... Pod pańskim zresztą dozorem lekarskim...
— Ach, tak... — szepnął Judym.
Uczucie niesmaku, a nawet odrazy przewinęło się w mrokach jego duszy.