Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nieruchomo na ziemi, gotowe trwać całe doby w tej samej pozycyi, byleby tylko nie łazić po błocie i deszczu. Kiedy doktór wchodził, wszystkie oczy patrzały na niego, jakoby ten dzień jesienny. Czasami gdzieś, w głębi przewinął się uśmiech...
Ta sentymentalna gościnność dla podrostków nie chorych obłożnie, sprzeciwiająca się tak jaskrawo tradycyom szpitala, zaczęła ludzi irytować. Plenipotent wprost mówił, że zanosi się na demoralizacyę »w grubym stylu«, a nawet ze swej strony »za nic nie ręczył« i »umywał ręce«. W gruncie rzeczy Judym sam nie wiedział, co ma robić dalej. Chininę ekspensował, jak mąkę, miał »rezultaty«, ale do czego to suma sumarum prowadzić miało — niebardzo wiedział. Gdy chore dzieci przychodziły jak owce do owczarni, pozwolił im rozkładać się i siedzieć, a gdy je stamtąd »ojcowie«, nasłani przez ekonomów i karbowych, wyciągali do roboty, waląc pięścią po karku, nie protestował, bo nie wiedział, w imię czego.
Tak stały rzeczy, gdy pewnego dnia dr. Judym otrzymał bilet od pani Niewadzkiej, w którym wyrażona była prośba, żeby się niezwłocznie pofatygował do pałacu. Skoro się tam udał, wprowadzono go do małej alkowy, gdzie stara dama zwykle przebywała. Były tam obydwie wnuczki i kilka osób z familii dalszej, które zazwyczaj bawiły w Cisach przez sezon. Judym był już w tym pokoju kilka razy, ale zgromadzenie tylu osób odebrało mu pewność siebie. Pani Niewadzka wyciągnęła doń rękę i kazała usiąść obok siebie.
— Prosiłam cię, panie doktorze, na naradę.