Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pleniła się masa wodorostów, które gdy było wyrwać i rzucić na brzegu, szerzyły woń cuchnącą. Kuracyusze, przybywający do Cisów dla pozbycia się malaryi, nie tracili jej, ale były nawet dwa wypadki febry zdobytej. Kiedy Judym zakomunikował te swoje obserwacye doktorowi Węglichowskiemu, ten zmierzył go takim samym wzrokiem, jak plenipotent, i żartobliwym a jednak cierpką esencyą zaprawionym tonem oświadczył, że to nie jest wcale ani febra, ani tem mniej — malarya.
— Główna rzecz, — dodał, — nie należy o tem wcale mówić...
Cmoknął go przytem w czoło i uderzył bratnią, przjacielską dłonią po ramieniu.
Judym zdziwił się, ale... nie mówił nikomu.
We wrześniu izby szpitalne pełne były dzieci większych i mniejszych. Ociążałe, mrukowate, senne istoty siedziały i leżały, gdzie się dało. W izbach panował zaduch i jakaś nieopisana nuda. Zdawało się, że tu spędzono pijaną szkołę, która za nic na świecie nigdy się niczego nie wyuczy. Dzieci te wlepiały we wszystko ślepie bez żadnego wyrazu, bez chęci nawet do jadła. Jeżeli które z nich wypędzono za drzwi, lazło bezmyślnie przed siebie, wtulając głowę w ramiona.
Gdy trafiło się wolne miejsce, wnet je ktoś zajmował i przymykał oczy nie po to, żeby spać, tylko żeby na świat nie patrzeć, żeby wciągnąć się w siebie, jak ślimak w skorupę, i doznać ciepłej ulgi. Zwiędłe kadłuby dziewczyn, na których twarzach malował się ból głowy, pozawijane w chustki i zapaski siedziały