Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Cała jej istota przypomina nogę chinki, od dzieciństwa urabianą w drewnianej formie. Tecia uśmiecha się, mówi, opowiada, żartuje i płacze na wzór ciotki i wuja. Wujaszek ma zwyczaj określania pewnych rzeczy, obcych mu terminem: — »głupstwo!« — albo łagodniej — pewno jakieś »głupstwo!« — albo (w najlepszym razie): — »tego nigdy dawniej nie bywało« bez wytykania palcem, może przez grzeczność, samego terminu: — »tego głupstwa nigdy dawniej...«
Otóż i Tecia używa tych samych zwrotów. Czasem, gdy ja mówię coś dziwacznego dla Mękarzyc, Tecia szybko bada okiem twarze rodziców i przybiera na swoją ich uśmiech. Nie mówię o myślach i sądach. Wszystkie te sądy o rzeczach są takie same, jak były kilkadziesiąt lat temu, kiedy ciotka Walerya była panną i uczyła się w Ibramowicach. Tecia dziś żyjąca jest, właściwie mówiąc, panną z czasów Klementyny z Tańskich Hofmanowej... Świat przeszedł sto mil ze swojem dobrem i złem. W pokoju Teci, który przylega do sypialni wujostwa i jest z przewidującą czujnością strzeżony, znajduje się nieco książek. Są to zabytki bibliograficzne, tak zw. »książki dobre«. Rozumie się ta Klementyna z tych Tańskich, stosy przekładów z angielskiego... Wśród tych wszystkich dobroci leżą, o zgrozo! Poezye ni mniej ni więcej tylko samego Kazimierza Przerwy-Tetmajera!
Skądże ten tutaj? Trafił przypadkiem, pożyczony z sąsiedztwa, jako »coś do czytania«. Został odczytany, tudzież (pochlebiam sobie!) wyrokiem familijnym zganiony.
Czy jednak cząstka Tekli nie jest lepszą od mojej? Och, na pewno jest lepsza!