Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


horyzontu jest tak szczelne, że ja wcale się w nim nie znajduję, nawet w tej chwili, kiedy tu siedzę. Moje całe życie byłoby mocno podejrzane, gdyby nie to, że jest do gruntu obojętne. Czytam to w ich oczach, gdy szczerze mówię wszystko i gdy oni z uśmiechami niby współczucia słuchają.
Historya Wacława!
W istocie jesteśmy dla siebie obcymi ludźmi.
Słucham długich i szczegółowych pieśni epickich o tem, jak to Felcia »spodobała się« owemu inżynierowi na balu w Kielcach, jak przeszły »konkury«, oświadczyny, ślub, wyjazd, urodzenie dziecka. W tych sagach familijnych, Felcia jest jak gdyby heroiną. Ją to wszystko już spotkało. Już spełniła, co do niej należy.
Tecia jest smutkiem rodziny. Ona jeszcze... nikomu się nie spodobała i, jeśli była celem jakich konkurów, to mówić o nich szkoda, bo nic z tego.
Z myślą i uczuciem »Tecia« łączy się zgryzota: »tych kilka tysięcy« posagu i »wyprawa«. Poczciwa ciotka urządza mi interwiew, jak też ja sądzę: czy lepiej dać więcej w gotówce, czy więcej »włożyć w wyprawę?« Jak też ja sądzę? »Bo tam wy na szerokim świecie lepiej te rzeczy macie sposobność widzieć, niż my na wsiach. Tu u nas rozmaicie sądzą. Okolicami panuje zwyczaj, że się do wyprawy nie daje tego a tego...« Ciotczysko sądzi, że lepiej jest włożyć tyle a tyle w srebra, bo »srebra zostają na całe życie...« Z jakiem uczuciem wygłasza tę maksymę! Stanęłam twardo po stronie sreber.
Biedna Tecia siedzi w Mękarzycach i czeka.