Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wyszukanej metafory). W całodziennych rozmowach dzisiejszych z ciotką Waleryą i Tecią wobec samej siebie zdawałam, jak gdyby egzamin z mojego życia. Przypomniałam sobie żywo nietylko te obydwie krewne, ale w całej pełni — siebie samą.
Daleko więcej materyału do zdumienia ja muszę dla nich przedstawiać. Tak przynajmniej chciałabym sobie tłómaczyć obojętność ich wszystkich. Nie jest to zimno zewnętrzne. Całujemy się i płaczemy dość często, ale w tem wcale niema serca, ani nawet litości. Ciotczysko, całując mię, wylewa łzy dlatego, że myśli o drugiej młodszej swej córce, która wyszła za technika, mieszkającego aż pod Ufą. Tecia duma o sobie, zestawia me wolne życie z jej ciężką niewolą rodzinną i płacze nad sobą. Wuj ani myśli płakać, gdyż nie leży to w jego atrybucyach, (»baby są od szlochów«), natomiast przemyśliwa, poco ja też zawitałam w te strony i ciągle mię wtajemnicza w swe fatalne interesy, biada na kiepskie oziminy, procenta, posuchy, motylice, choroby pyska i racic... Przewiduje nieszczęśnik, że lada chwila wypalę oracyę o pożyczkę pieniędzy. Odetchnąłby pełną piersią, gdyby wiedział, że ja tylko do powietrza, do wody i ziemi...
Tak, to jest dla mnie świat zgoła obcy. Ci ludzie nic nie spostrzegają na ziemi oprócz Mękarzyc i nie mają żadnych innych widoków, oprócz swoich pieniężnych skojarzeń. Starzy wujostwo zajmują się tem tylko, co jest w granicach folwarku. Promieniem ich życia jest Felcia, obecnie Balwińska, ciemną stroną — Tekla, która »nie wyszła« i, obym była fałszywym prorokiem, zostanie starą panną. To familijne zamknięcie