Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Teraz ledwo, ledwo rozumiem, że się to ze mną zdarzyło. Przeszło, jak powódź w górach. Tylko rozmiecione bryły kamieni i muł, wiszący na krzewach, wskazują, dokąd sięgało zniszczenie.
Tak bez wątpienia: wieś stworzył Pan Bóg, a miasto dyabeł i to dyabeł bourgeois. Ludzie, mieszkający na wsi, są tak zdrowi i szczerzy w swem zdrowiu, że po prostu przedstawiają mi się, jak niewiarygodna anegdota. I to są właśnie ludzie, z których ja się wywodzę!
Gdy dziś o godzinie piątej, czy szóstej rano mój wujaszek zaczął krzyczeć na kogoś z ganku, zerwałam się i w bieliźnie wypadłam, jak fiksatka, sądząc, że to pożar, czy napad zbójów. Okazało się, że wujaszek »wyhałasił« kogoś przed stajnią. Nic nadto.
Może to jest źle i nieszlachetnie opisywać osoby, u których się bawi, (a w dodatku krewnych), ale nie mogę powstrzymać się i wyjść ze zdumienia. Czyż to jest naprawdę ciotka Walerya, wujaszek Hipolit i córka ich, a moja siostra cioteczna, Tecia? Ja znałam tych ludzi, ale oni byli całkowicie inni. Nie! to ja byłam inna. Widziałam ich dawną parą oczu... tutejszych. A teraz tamtej mnie — już ani śladu! Oni zapewne są ci sami. Tu się mało co zmienia. Lat przybywa, plecy się wypaczają, włosy siwieją, dom wchodzi w ziemię, a okrom tego wszystko po staremu. Gdyby wstał z trumny dziadek Józef, niewieleby znalazł rzeczy obcych sobie.
A ze mną, ze mną co się zrobiło! Z istoty takiej właśnie, osiadłej na gruntach ojcowskich, stał się laufer, biegający po świecie za lekcyami, coś w rodzaju motyla, wykwitłego z poczwarki, (jeśli wolno użyć tak