Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jak jest, anibym mu robiła wymówek, anibym nawet nie uważała za złe. Od tego jest tęgi bursz, żeby robił skandale. Tylko to dowiadywanie się z boku, od ludzi obcych, którzy pomimo woli, wyładowują na mnie gnijącą w każdej duszy człowieczej Schadenfreude...
5 Listopada. Mało snu, bo dopiero nad ranem zapadam w stan drzemania i dziś łażę z wdziękiem zmokłej kury. Lekcye odbywałam, jak ciężkie roboty. Zgnębienie dusi, — sprawia, że człowiek usuwa się, kurczy, nędznieje. Postanowiłam z tej dusznej ciasnoty, gdziem była zatarasowana przez gorzką wiadomość, siłą się wydobyć. Nie, nie opuszczę Henryka! Będę dwa razy więcej pracowała, wezmę nowe lekcye, może nawet ranne. Niech skończy choć jakiekolwiek kursa, to przecież będzie mógł tutaj lżej pracować. Nigdy nie odżałuję, że nie zdał do politechniki, — ale to trudno. Te Freifachy trwały już rzeczywiście nieco za długo.
6 Listopada. Dla oszczędności biorę do siebie pannę Guêpe. Zagrodzi mi to życie więcej, niż o połowę, ale trudna rada. Już moja izba będzie tylko w części kryjówką, nawet ten dziennik będzie się tylko dorywczo pisało. Wpłynie wszakże tym sposobem co miesiąc prawie ośm rubli. Muszę dać Wacławowi na kożuch, walenki... Jegierowskie ubranie. Trzebaby po dwie pary. Pamiętać, pamiętać, że pani F. jedzie 18, 18, 18!
13 Listopada. Wzięłam nową lekcyę. Wcisnęłam ją między Lipeckich i Zosię K. Nowa robota jest to przygotowanie dziewczynki, Heni L. do klasy wstępnej na pensyę. Nie zna się jeszcze na niczem. Ani dyktanda, ani tabliczki mnożenia, ani żadnej rzeczy. Pokój