Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


a czyliż z tego wynika, żeby wszystkie razem wzięte miały źle smakować? A przecie, mimo tej łobuzerskiej filozofii, Marynka nie byłaby zdolną wyładować ze siebie ani krzty tej »bezbożności«, na którą skarży się w swej piosence Ofelia.
4 Listopada. Jeden z tych dni ciężkich, co to wydają się być podobnymi do istot srogich i nikczemnych. Dzień taki trwa długo i nie chce odejść, jak lichwiarz, który wszystko swoje musi w tym terminie wydusić. A gdy już wreszcie zdechnie, — zostawia po sobie czarny cień, noc bezsenną, pełną łez, widzeń i strachów. Jedna z »życzliwych mi« osób, pani Laura, w której domu od trzech lat daję lekcye dziewczętom, z emblematami żywej jakoby — litości, zakomunikowała mi smutną wiadomość. Czerpie ją od współplotkarki, świeżo przybyłej »z wojażu«. Oto — Henryś, podobno nie »robi doktoratu«, jak mię tysiące razy upewniał, ale robi długi, skandale i awantury. Miał jakiś pojedynek, uczestniczył w burdach knajpiarskieh, siedział w kozie miejskiej, był przez policyę zrąbany szablami. Jest tego wszystkiego tyle, że trudno wyliczyć, a najważniejsze ze wszystkiego — kłamstwo. Jakoby wcale, od dwu lat nie chodził na wykłady. Brak mu minimalnej ilości semestrów, potrzebnych do egzaminu — słowem plugawe bagno faktów. Słuchałem tego cierpliwie, z uśmiechem, jednocześnie mówiłam ustami: — Wiem, wiem, proszę pani, jaki to łobuz...
W duszy miałam co innego.
Musi w tem być sporo prawdy, jeżeli mu cofnięto stypendyum muzealne. Wszystko to zresztą nic, ale kłamstwo, »nabieranie« głupiej siostrzycy. Gdyby opisał,