Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pokój osobny, utrzymanie całkowite i piętnaście rubli miesięcznie! Czy słyszycie, wy, które oświecacie głupie dzieci między rogatkami biskupiej stolicy?
Pani Predygierowa nietylko się zgadza, ale »z chęcią«... Tej samej nocy już spałam w zacisznym pokoiku od ulicy Długiej. Niech będzie błogosławiony rok, który tam przeżyłam! Nie znająca Warszawy tak dalece, że mogłam pod tym względem z artyzmem reprezentować cielę, (gdyby Warszawę porównać do wrót malowanych), wzorowo siedziałam w domu, pracowałam nad Wandą i czytałam. »Biblioteka pana Predygiera stała przedemną otworem«... Nigdy w życiu, ani przedtem, ani potem tyle książek nie wchłonęłam. Czegóż to wówczas nie miałam w ręku! Ale co tam! Byłam wówczas dobra, jak cukier lodowaty... »W tem rzecz!« — jak mówił zacny pan Multanowicz. Kochałam Wandzię, moją uczenicę, kochałam ją szczerze, jak rodzoną młodszą siostrzyczkę. Kochałam nawet panią Predygierową, choć była względem mnie zawsze twarda, wyniosła i z góry wielkością olśniewająca, jak latarnia gazowa. Byłabym może szerokiem sercem miłowała i pana Predygiera, gdyby nie to, że był bogatym, niezrozumiałym, obrzydliwym, tłustym mężczyzną, w którego oczach widziałam przez cały rok tylko dwa uczucia: albo chytrość, albo tryumf. Stopniowo wszystkie afekta zgasły. Nie zakwitła w tamtem mieszkaniu między mną i tymi ludźmi nawet przyjaźń, nawet życzliwość. Dziś już wiem, że niema w tem nic dziwnego... Bo czyliż najnędzniejszy, ze wszystkich najlichszy kwiatuszek może się rozwinąć w lodowni?
Pamiętam moją pierwszą bytność w teatrze, na koncercie Lutni, na odczytach. Dziś tylko słabą remi-