Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


próżniaczonych? Nie mogłam, żadną miarą nie mogłam...
Zresztą musiałam przecie, według ślubu, tak solennie złożonego u świętej Trójcy, przygotować drogi dla Wacława, który był wówczas w siódmej klasie, pomagać Henrykowi. Dawne, dawne dzieje...
Ranek dnia przy końcu jesieni, ranek chory i jakby spłakany, gdy drżąca z zimna i (powiedzmy szczerze, co tam!) — ze strachu, trzęsłam się jednokonną dryndulą do pani W. Przybywam, trafiam na tę uliczkę Bednarską, co niby jakaś figura, czy bestya wiła się w moich uczuciach, — i wkrótce idziemy we dwie z panią Celiną do Predygierów. Mijam ulice, które pierwszy raz widziane w taki dzień (przez oczy struchlałe z niedołęstwa) są zimne, obmokłe, niegościnne, niby owa »skorupa«, w której »pływa jakiś płaz«... Wchodzimy. Zmierzone, jak łokciem, okiem lokajskiem wyczekujemy w pysznym gabinecie. Po długiem udręczeniu, słyszę wreszcie jedwabny szelest sukien. Ach, ten jedwabny szelest sukien...
Ukazuje się pani Predygierowa. Nos wprawdzie żydowski, ale za to spojrzenie arystokratyczne, całkowicie według wzorów sarmackich. Mówimy o mnie, o moim patencie, o tem, co mam wykładać Wandzie, mojej przyszłej uczenicy, wreszcie przerzucamy się mimowoli z języka polskiego we francuski. Koniec końców — pytanie: ile żądam miesięcznej pensyi? Minuta wahania się. Później, ja, kielczanka, zdobywam się na heroizm i, własnym uszom nie wierząc, wygłaszam maksymalną cyfrę, jaka kiedykolwiek powstała w mojej imaginacyi: piętnaście rubli.