Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie. Wtedy zapewne dusza podnosi się cokolwiek wyżej. Ten dyalog szeroko i daleko uczynił mię sławnym. Gdybym dziś dał światu nieomylny sposób leczenia gruźlicy, zawsze pamiętanoby, że to ten »czerkies« Chmielnicki, co ma nieśmiertelną duszę, która w miarę okoliczności podnosi się wyżej.
— Proszę kolegi, czyliż jest choć jeden człowiek, któryby nie dźwigał na plecach takiego kosza śmieszności? My sami każdemu z przechodzących wrzucamy jakąś bryłkę ciężaru. To samo czynią z nami bliźni nasi. Nic darmo...
— Nie, nie! Co innego jest to, o czem kolega mówisz, a co innego specyalne brzemię moje. To nie kosz, który można zrzucić, lecz garb. Niosę zawsze taki, jakiego ciężar poznałeś pan dzisiejszego wieczora.
— Ależ to co innego.
— Tak, co innego, bo to było, daruje kolega, zasłużone, cokolwiek zasłużone, moje zaś jest to śmieszność, którą się niesie bez własnej winy.
— Więc ja dziś zasłużyłem...
— No, nie! Ja się mało znam... Ale, proszę kolegi, jak można... Takie ostre wystąpienie przeciwko uznanym prawdom, a nawet, powiem sumiennie, przeciwko... oczywistości. Medycyna to jest medycyna, to jest fach. Ja się nauczyłem, wydałem pieniądze, włożyłem ogrom pracy, ja umiem, mam patent — więc leczę. Dlaczego medycyna ma być związana z filantropią, a inżynierya nie, prawo nie, filologia nie!
— Nic nie chcę słyszeć o filantropii!
— No to z tymi obowiązkami społecznymi. Dla-