Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czego niema obowiązków społecznych rzeźnik, stolarz poeta, tylko lekarz?...
— Wie pan co, nie mówmy o tem.
— Możemy nie mówić, jeżeli kolega nie życzysz sobie mówić o tem ze mną. Ale mnie kolegi żal.
— Ech, jeszcze stoję na nogach...
— Kolega wspomniałeś o tych biednych szajgecach z Parysowa... Ach, Boże! To była krótka wzmianka, ale w niej malowało się coś takiego... Dzisiaj już mało kto mówi u nas o żydach, jak o ludziach. Jeżeli się o nich mówi, to po to tylko, żeby ich przyrównać do »robactwa«, które oblazło i żre »ludzi«. Kiedy czytam dzisiejsze pisma, pisma, które jawnie wzywają do nienawiści, do wygładzania, wyrzucania, tępienia żydów, dzisiaj i to w imię Jezusa Chrystusa...
— Proszę kolegi...
— Proszę kolegi, ja każde niedzielne wydanie pism... tych pism antysemickich odchorowuję...
— Pocóż się wzruszać byle czem!
— Byle czem!
— No, tak. Pisma takie wydają szuje, nędzne łajdaki, które na szerzeniu nienawiści między ludźmi, na niszczeniu solidarności robią majątki. Z tego brudnego posiewu budują sobie kamienice. Ale czy wy sami dużo zrobiliście dla podniesienia żydowskiej masy?
— Czy wiele zrobiliśmy! Życie w to kładziemy. Pracujemy dzień i noc.
— Więc dlaczegóż kolega mówisz, że nie mam racyi, wzywając medyków do roli, jaka im się należy?