Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


O tej godzinie... poprostu strach jest iść piechotą. W naszej okolicy niech Bóg zachowa!
— A, jeżeli tak.
Judym szedł wielkimi krokami. Grubas biegł przy nim, sapiąc i wydmuchując dym z cygara, którego niedopałek żarzył się w samych niemal jego wąsach.
Gdy już oddalili się znacznie od mieszkania doktorstwa Czerniszów, dr. Chmielnicki rzekł:
— Szczerze dziś współczułem koledze...
Judym miał inne wyobrażenie o tem współczuciu, zauważył był bowiem przypadkowo tłuściocha, jak prześcigał innych we wzgardliwem nadymaniu ust i w obfitości min ironicznych.
— Dlaczegóż to kolega miał mi współczuć?...
— Jakto dlaczego? Czy kolega może dziś czuć przesyt z nadmiaru krytyki życzliwej? U nas, niestety, tak zawsze. Jeżeli kto wyrasta nad głowy tłumu, zaraz go...
— Szanowny kolego, ja nie marzyłem o wyrastaniu nad jakiekolwiek głowy.
— Ja wiem, ja rozumiem! Mówię nie o zamiarze, lecz o fakcie...
— Żałuję teraz, że czytałem moją elukubracyę...
— Ależ dlaczego?
— Dlatego, że ten wyskok sprowadził między innemi takie oto drwiny szanownego kolegi.
— Kolega się mylisz! Na honor... Mnie imponują ludzie odważni. A co znaczy być wyśmiewanym, być zadręczonym tym wiecznym śmiechem, jak chory indyk przez stado, to ja wiem najlepiej.