Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


myślnych zdań o literaturze, malarstwie, nawet o jakimś bilu angielskim... Chwilami czuł dziką wściekłość; miał formalny impuls, żeby powstać i zdzielić tę piękną kobietę pięścią między oczy. Jak na urągowisko nietylko trzymał, ale ze wszystkich stron widział w umyśle racye swoje, głębokie fikcye obmyślone w samotności. Nikt nań uwagi nie zwracał, więc mógł w przerwach między pytaniami gospodyni ćwiczyć dowoli swój esprit d’escaliers. Kiedy niekiedy tylko zatrzymywało się na nim w przelocie czyjeś spojrzenie i wówczas widział w niem drwinę, której bezlitosne oblicze zakryte było kapturem towarzyskiej przyzwoitości.
Późno w nocy skończyła się kolacya. Część zgromadzenia wróciła do salonu. Inni z cygarami wędrowali do gabinetu, niektórzy zaś po angielsku wymknęli się za drzwi. Do szeregu ostatnich należał Judym. W bramie kamienicy, która była oddawna zamknięta, kilku z uczestników zebrania »wypukiwało« stróża, stękającego przed opuszczeniem izdebki. Grono to milczało i gdy się drzwi otwarły, pożegnano Judyma szybkiem »dobranoc« i uchyleniem kapeluszów. Został i szedł w tę samą stronę tylko jakiś otyły, nizki, wiekowy eskulap, którego Judym zauważył na zebraniu. Była to figura rozlana, o żydowskich rysach i ruchach.
— Kolega w którą stronę? — spytał Judym.
— Ja? W stronę Krochmalnej... A kolega?
— Na Długą.
— No to idziemy w jednym kierunku.
— Niekoniecznie.
— Owszem. Dlaczego? Ja mogę zboczyć. Przyznam się zresztą koledze, że milej mi będzie iść razem.