Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mnie to ani grzeje, ani ziębi. A teraz co do mieszkań, przytułków i tych poczciwych kąpieli... Sądzę, że szanowny kolega Kalecki źle zapatruje się na znaczenie tych instytucyi. Fundowanie kąpieli dla ludu przez osoby postronne, przez filantropów, uważam za dążność chybioną...
— Paradne! — zawołał ktoś na sali.
— ...Gdyż odwraca naszą uwagę od tego, czyim obowiązkiem jest kąpiel dla swoich pracowników urządzić. Jeśli dyrektor kopalni węgla wychodzi z podziemia, to ma do dyspozycyi wannę, urządzoną przez właściciela kopalni. Cóżbyśmy sądzili, gdyby dla takiego dyrektora fundował wannę kolega doktór Płowicz z własnych, krwawo zapracowanych, a jednak marnych funduszów? Tymczasem, gdy chodzi o jakiegoś człeczynę, poniżej sztygara stojącego na drabinie socyalnej, nic nie mamy przeciwko temu, ażeby doktór Płowicz z własnego majątku fundował mu sposób ablucyi zabrudzonego siedliska duszy. Oto gdzie leży kwestya. Utyskujemy, łamiemy ręce nad brudami miast, nad niechlujstwem ludu, my lekarze, a gdy nastręcza się możność od jednego zamachu skasować niechlujstwo...
— Ciekawa rzecz, gdzie się ta możność nastręcza?
— ...Żądając otwarcia łaźni przez tego, w czyim interesie potem i brudem okryli się ludzie, — my natomiast, do filantropa. To samo...
— Ale kto ma nastawać, kto? Jaki organ, jakim sposobem?
— My, lekarze! My, sól ziemi, my, rozum, my, ręka, kojąca wszelką boleść...