Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


razie nie uda. Świat, jest to chytry przemysłowiec, który nie myśli wcale pieniędzy zebranych wydawać w tym celu, ażeby biedny pracowniczek mógł sobie lepiej, a wygodniej przepędzać życie. Dla sprawdzenia, że tak jest, trzeba zstąpić z wyżyny na padół. Kazania choćby i bardzo piękne, nic tu nie poradzą.
To powiedziawszy, doktór Płowicz usiadł. Nastało milczenie trwające czas pewien, milczenie kłopotliwe i przykre.
— Chciałem dorzucić parę wyrazów... — rzekł Tomasz głosem wątłym, chwiejnie dźwigając się ze swego krzesełka.
— Prosimy... — szepnął ktoś z głębi.
— Otóż, otóż... nie myślałem, że mój wywód, to jest... moje przedstawienie rzeczy sprowadzi tak niespodziewane opinie. Nie miałem myśli obrażania stanu lekarskiego, owszem pragnąłem go uczcić zapomocą tego, com mniemał o jego roli w społeczeństwie ludzkiem. Zdaje mi się to być dziwnem, że szanowni koledzy znaleźli w tem właśnie kamień obrazy. Przecie ja nie wymagałem od lekarzy ani filantropii, broń Boże! ani tego, żeby nie byli ludźmi bogatymi. Czyż ja to mówiłem? Mówiłem i powtarzam, że lekarz dzisiejszy jest sługą, lekarzem-sługą ludzi bogatych. Czy sam jest bogaczem, to rzecz drugorzędna. Ponieważ zaś moja myśl zrozumianą nie została, więc ją rozwijam w inny sposób. Lekarz dzisiejszy nie chce nawet zrozumieć, a raczej usiłuje nie zrozumieć tej prawdy, że sprowadzając do zera posłannictwo swoje, współdziała z chytrym, jak mówi dr. Płowicz, światem przemysłowcem. Nie należy służyć mamonie. Mieć ją można, —