Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Judym miał na mnie gniewać, że to nie są rzeczy lekarza. Amicus Plato, sed magis amica veritas — to darmo. Tak to wygląda, jakby lekarz pogotowia ratunkowego, wezwany do dwu szewców, którzy się kłuli nożami, zamiast ich opatrzeć, rozpoczął prelekcyę o szkodliwości bójek. Co tu mogą zaradzić lekarze? Oświecać, oświecać ciemny motłoch folwarczny i wpływać na jego chlebodawców — to i wszystko. Ale to się robi, robi na pewno, jak stwierdzają koledzy praktycy z prowincyi. Robi się więcej, niżby sądzić można zdaleka, z wysokości takich czy innych paradoksów. Jak wszędzie, tak i tutaj najlepszą cząstkę obiera sobie, a przynajmniej powinna obierać, filantropia, owa siostra miłosierdzia ludzkości. Patrzmy na stan rzeczy. Mamy przed oczyma wzrost ducha miłosierdzia, ofiarności, istnego zapału klas wyższych do spieszenia z pomocą tam, ku tej nizinie, którą dr. Judym z taką swadą maluje. Ileż to ofiar spłynęło do sakwy jałmużniczej w ciągu tego roku, ile łez otartych zostało bez żadnego frazesu, w sekrecie nawet przed obrońcami »ludu«. Nie będę nazywał, nie będę wytykał palcem tych, z pomiędzy kolegów tutaj zebranych, którzy spieszą na każde wezwanie cierpiącej niedoli, którzy czas swój, zdrowie i życie niosą w ofierze bez myśli o tem, że spełniają jakąś tam misyę. Po prostu czynią, co trzeba, co wskazuje obowiązek serca, sumienia... źle mówię, przyzwyczajenia, albo wprost — nałogu.
— Brawo! brawo!... — słychać było żywe okrzyki ze wszystkich kątów lokalu.
— Ale teraz rzućmy jeszcze okiem... Czy w istocie