Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ściwie składa się z kilku kwestyi, a zahacza o niebo i piekło. Z tego wszakże, cośmy słyszeli, dadzą się, jak myślę, wydzielić trzy sprawy główne: — primo — sprawa czysto naukowa, sprawa higieny żywota klas ubogich, — secundo — sprawa społeczna, — tertio — środki zaradcze. Każdy z tych punktów — to góra obrosła dzikim lasem, zawalona odłamami skał, przecięta jarami, gdzie jeszcze wiedźmy nocują. A więc — co się tyczy punktu pierwszego. Nie będę wspominał o tem, co tu kolega prelegent nam przedstawił. Są to fakty sumiennie spostrzeżone i barwnie opowiedziane. Fakty, dodam od siebie bardzo smutne. Co się tyczy stosunków francuskich, to rzecz prosta, kwestyę muszę zostawić na uboczu, gdyż jej nie badałem specyalnie. Wiem jednakże z pewnością, iż cele miłosierdzia pochłaniają w Paryżu dziesięć milionów, wyraźnie, dziesięć milionów franków rocznie. Nie jest to sumka mała. Wiadomo również, że istnieją tam całe stowarzyszenia łotrów żebrzących, całe syndykaty, utrzymujące baby, które na ulicach symulują porody; rozsyłające mniemanych epileptyków, obłąkanych, wszelkiego rodzaju kaleki — i t. d. Wogóle nie należy zapominać, kiedy się te sprawy roztrząsa, o wiecznie mądrem zdaniu Herberta Spencera: »wymawiając słowa — biedny człowiek, nie myślimy wcale — zły człowiek«. Nie chcę przez to powiedzieć, że lekceważę takie zjawisko, jak Cité de femme en culotte...
Przejdźmy do stosunków naszych. Kolega prelegent ubolewał tutaj nad dolą parobków, żydowstwa i t. d. W istocie rzecz się ma i tu i tam nieświetnie, ale z naciskiem to muszę sformułować, choćby się kolega