Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


teśmy. Wówczas słuchają naszych rad, naszych zleceń, postanowień i rozkazów. Ale gdy mór przemija, plemię chlebożerne wraca do swego zgiełku i urządza się tak, jak z tem silniejszym w gromadzie dogodniej. Rola nasza się kończy. Idziemy między tłum i zgadzamy się z rozsądkiem stada. Zamiast ująć w ręce ster życia, zamiast według praw nieomylnej nauki wznosić mur, odgradzający życie od śmierci, wolimy doskonalić wygodę i ułatwiać życie bogacza, ażeby pospołu z nim dzielić okruchy zbytku. Lekarz dzisiejszy — to lekarz ludzi bogatych.
— Proszę o głos! — rzekł wysoki, chudy staruszek z faworytami białemi. jak mleko.
— Proszę o głos! — ostro, z niedbałością rzekł ów blondyn w binoklach, z lekka unosząc się na krzesełku w stronę gospodarza domu.
Przez salę płynął szmer, znamionujący głęboką niechęć.
— Medycyna dzisiejsza, — ciągnął Judym, — jako fakt bierze powód choroby i leczy ją samą, bynajmniej nie usiłują zwalczać przyczyn. Ciągle mówię o leczeniu nędzarzy...
W sali ktoś półgłośno się roześmiał. Szmer był coraz wyraźniejszy i niegrzeczny.
— Ja tu nie mówię o nadużyciach ordynarnych, o praktykach przeróżnych lekarzy kolejowych, fabrycznych i t. d., lecz zawsze o położeniu higieny. Mówię o tem, że gdy człowiek, pracujący w fabryce, gdzie po całych dniach płukał sztaby żelaza w kwasie siarczanym, w wodzie i wapnie gaszonem, dostaje zgorzeli płuc i uda się do szpitala, zostanie wykurowany jako tako,