Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wielu przyczyn, to przecież mają także jedną — w obojętności lekarzy.
— Umiemy, — mówił, — pilnie tępić mikroby w sypialni bogacza, ale ze spokojem wyłączamy z zakresu naszego widzenia fakt przemieszkiwania dzieci pospołu z prosiętami. Któryż z medyków tego wieku zajął się higieną hotelu Château-Rouge? Kto z nas tu w Warszawie wdał się w to, jak mieszka rodzina żydowska na Parysowie?
— Co to ma być? — spytał szeptem jakiś głos z głębi sali.
Ce sont des flaki z olejem... — rzekł blondyn o twarzy Apollina, trąc swe binokle w rogowej oprawie. Judym słyszał szyderczy ton i widział złe uśmiechy, ale brnął dalej w swojem podnieceniu:
— Czy nie jest naszym obowiązkiem szerzyć higienę tam, gdzie nietylko jej niema, ale gdzie panują stosunki tak okropne? Któż to ma czynić, jeśli nie my? Życie nasze całe składa się z pasma poświęceń. Wczesną młodość spędzamy w trupiarni, a całość wieku w szpitalu. Praca nasza jest to walka ze śmiercią. Co może się porównać z pracą lekarza? Czy praca na roli, czy w fabryce, czy »zajęcie« urzędnika, kupca, rzemieślnika, nawet żołnierza? Każda myśl tutaj, każdy krok, każdy czyn, musi być zwyciężaniem ślepych strasznych sił natury. Ze wszech stron, z oczu każdego chorego patrzy w nas zaraza i śmierć. Gdy zbliża się cholera, gdy wszyscy ludzie tracą rozsądek, zamykają w pośpiechu szachrajskie kramy swoje i uciekają, lekarz sam jeden idzie naprzeciwko tej niedoli kraju. Wówczas dopiero widać jak w lustrze, czem my jes-