Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tuałów, załatwiają się rzeczy handlowe, przemysłowe, familijne, miłosne i łotrowskie, praży się jadło na śmierdzących tłuszczach, kaszlą i plują suchotnicy, rodzą się dzieci, i jęczą przeróżni nieuleczalni, wlokący kajdany żywota. Te miejsca odrażające wzdychają, gdy się przechodzi. A jedynem na to wszystko lekarstwem jest antysemityzm.
»A na wsi? Czyliż nie jest zjawiskiem pospolitem lokowanie dwu rodzin z mnóstwem dzieci w jednej izbie, a raczej w jednym chlewie folwarcznym, gdzie znajduje się spiżarnia odgrodzona deskami z kupą gnijących ziemniaków i zbiorem żywności, jak kapusta, buraki i t. d.? Robotnicy nieżonaci (fornale), tak zwani stołownicy, mięso dostają tylko na Wielkanoc i Boże Narodzenie, a tłuszcz w strawie okraszonej stęchłą słoniną, czyli tak zw. sadłem w homeopatycznej dozie, gdyż przy większej ilości, z racyi silnego odoru i smaku sadła, strawa nie byłaby jadalną. Specyalnego pomieszczenia dla siebie ci ludzie nie mają. Śpią w stajniach i oborach pod żłobami, dziewczęta zaś w jednej jakiejś izbie, nie rzadko razem z kupą mężczyzn. U żonatych parobków w jednej izbie, wśród błota zalegającego od ścian na wiosnę hodują się razem dzieci i prosięta«.
Zgromadzeni przyjmowali te wszystkie szczegóły w milczeniu, które nie wiedzieć co oznaczało. Tymczasem mówca wchodził w fazę, o jakiej marzył. Uczuł w sobie jakby zarzucenie się żelaznego haka na czekające ogniwo i szarpnięcie całej duszy na wysokość zimnego męstwa. Wówczas dowodził, że jakkolwiek tego rodzaju objawy dzikości są rezultatem bardzo