Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Mogię na mieście, w święto papierowy kołpak włożyć na łeb i chodzić w tem po alejach, to i tak mu nic do tego, chałujowi. Wzienem, zrugałem raz i drugi, — no i trza się było wylać z tamtej budy.
— Jakże ci teraz?
— Z początku była bryndza, ale jak raz zaprowadzili tę gruszkę Bessemera, czy ta jakiego, i nadałem się. Robota jest ciężka, oczy żre, ale tu wolę.
— Widzisz, to ci chcę powiedzieć, że ty może wolisz, ale Teosia musiała stanąć do roboty. Ja wczoraj byłem w tej jamie, gdzie ona chodzi.
— Ja jej nie zmuszał.
— Tyś jej nie zmuszał, ale brak zmuszał. Powiem ci, że ona w tym tytoniu długo robić nie powinna. To jest za ciężka praca.
— Teraz letkiej pracy mało na świecie, — rzekł Wiktor obojętnie. — Cóż ja miałem robić? Przecie nie próżnuję.
— Ja też ci nie robię wyrzutów, tylko mi żal twojej kobiety.
— I mnie jej żal, ale cóż na to poradzić... — rzekł Wiktor w tonie ironicznym, z boku rzucając okiem na brata. — Tyś wyszedł na ludzi, a my zostali w swoim stanie. Żałujesz... »mojej kobiety...« Ja to samo... Ale choćbyś żałował i przeżałował, to się psu na budę nie zda. Już nie trzeba, jak ja się staram, żeby się wybić na ludzi...
— Myślisz, że ci ubliża to, co mówi taki Raczek!
— Nie ubliża mi! Kazałbym ja ci chodzić w grubych buciorach, w zgrzebnych gałganach, w drelichu,