Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dziestki w okolicznościach karnawału. Nycz brzydził się kompanią Bandla, brzydził się również i Pochroniem Ilekroć ostatniego widział w »towarzystwie«, śmiał się otwarcie, a jeśli nie wypadało tego czynić zbyt głośno, ruszał wąsami, nie mogąc powstrzymać swej uciechy. Pochroń śmieszył go swemi manierami, językiem, wszystkiem, co czynił... Inna rzecz z Płazą. Tego szanował w dziwny sposób i wielokrotnie naradzał się z Ewą, czyby nie można mu, (rodakowi!), posłać coś z ubrania. Ewa odradziła.
Skończyło się na oddziaływaniu pośredniem, zapomocą Pochronia, w celu poprawienia kostyumów hrabiego.
Na niczem się to jednak skończyło, gdyż Płaza i nadal chadzał po Wiedniu w swej kurteczce i bez pałtota.
— Iw... — szeptał Nycz Ewie pewnego razu, — jak ty możesz, nieziemska, bawić się z drabem takim, jak ten Pochroń. Ty, tak anielsko piękna z nim w łóżeczku — hélas! Przecież to jest drab, un brigand!
— Wcale nie, papo, wcale nie! Nie znasz Pochronia. To złote serce.
— Serce? Być może! Któż mówił o sercu? Nie o sercu, nieziemska... Zresztą co do jego serca... voyons...
— Marzysz, papo?
— Posłuchaj, radzę ci, rzuć go! Ja to czuję... on śmierdzi krwią.
— No, więc cóż z tego? Wszyscy śmierdzicie.
— Tego nie możesz mówić! Przesadzasz, egzagerujesz! Skądże wszyscy? Ja naprzykład...