Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakaż na to rada?
— Dam ci radę! Zrób, wiesz, jak owe dzielne niewiasty w l’Assemblée des femmes Arystofanesa, albo, jak Lizystrata.
— Jakże to?
— Powiedz sobie, ale, jak one, pod przysięgą, uważasz pod przysięgą: »S’il me prend de force, je n’eleverai pas mes pieds au plancher, je ne ferai rien que de mauvaise grace et avec froideur...« Zaręczam ci...
— Ach, ty staruszku, safandułko czupurna, czupiradełko cacane...
— »Staruszku!« Albo poprostu odepchnij go... i ten...
— I co?
— No i weź już lepiej — mnie!
— Ciebie? Nie mogę, ale, wierz mi, tylko przez wzgląd na twoją reputacyę. Straciłbyś lekcye. Stałbyś się niemożliwy w salonach, bo byłbyś, pojmujesz — niemoralny...
Mais quoi! Niktby nie wiedział! W najgłębszym sekrecie.
— Ba! Kiedy ja jestem, ja jestem już jawnogrzesznica.
— Moglibymy osiąść w pewnym hoteliku... to jest... Ja, naprzykład... Przecież ty mię lubisz?
— Och, czyż możesz pytać? Ty jesteś moja stara małpeczka, miłe ojczyste kretynię, kochany Bandlowski szpicelek. Ale widzisz, Pochroń, to człowiek, który ma w ręku sztylet włoski.
— Iw!... Jakże mię dotknęłaś... Nigdy się tego po tobie nie spodziewałem...
— No, jesteś przecie nauczycielem języka francuskiego, synem nieszczęśliwego emigranta?