Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/390

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a umierającym dźwignie głowę strudzoną, złoży ją na swem łonie i twarz ich szlachetną obróci ku niebu. Och, Boże! Czuć się w rodzinie myślami nieogarnionej, krążyć w niej, jak fala krąży w morzu! Być tem samem, czem są w tem morzu wszystkie inne fale, a być sobą, — falą wolną, falą wspaniałą i piękną, którą wyniosła piana wieńczy! Bo pan nie wie, — mówiła, — co jest samotność. Samotność jednej jedynej kobiety, która jest sobą. To jest, jakby się było w tem oto morzu chrabąszczem, który na swoim dziurawym liściu huśta się po falach. Ja wiem, co znaczy być samotną w całym rodzaju ludzkim. Więc gdzież jest ów pański lud?
— Trzeba go szukać wokoło siebie oczyma pełnemi zapału i pełnemi uniesienia, gdyż tylko prawdziwe uniesienie może człowieka spoić w jedno z ludem. Uniesienie długo trwające jest to ów z Apokalipsy »kamyk biały, a na owym kamyku imię nowe napisane, którego nikt nie zna, tylko ten, który je przyjmuje...«
Statek odbił się od wybrzeża i, skierowawszy bieg swój na zachód, zataczał w morzu rozległe koło.
Ukazała się w grzywach pian latarnia morska, stercząca na wysepkach Iles Sanguinaires, które wystają z fal śpiczastymi cyplami. Statek wyminął te wyspy i wszedł w granice zatoki Ajaccio. Fale tam były słabsze i coraz bardziej słabsze. — Morze pod ciepłem słońcem stawało się ciężkie, uśpione.
Przedziwnymi kręgami, mieniącymi się, jak barwy na szyi pawia, lelejały się fale, na których uroczo i cudnie poranek się kołysze. Na tych błękitno-zielonych