Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/391

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwojach i baniach lekki statek pomykał środkiem cichej zatoki pod promienistem słońcem, jakby przez senne jezioro Czterech Kantonów. Widniały obadwa błękitne brzegi. Nad temi wody cichego szemrania — stały olbrzymie łańcuchy i zwały gór pogruchotanych, zwalonych jedne na drugie, spiętrzonych wzajem na się: Bastelica, Bocognano, Monte d’Oro, Monte Rotondo... Od ich szczytów dalekich, śnieżystych, powiał chłód, dźwigający na skrzydłach zapach niewysłowiony, miodowy zapach macchii.
W tej części statku nie było nikogo. Ewa stała obok Jaśniacha i patrzyła na rozwarty widok. Przejął ja dreszcz zgrozy.
Poczuła, że płynie do miejsca swego przeznaczenia, że zamyka się w skalisty obręb, z którego niema już dla niej wyjścia.
Na pokładzia zjawił się bosy mousse okrętowy i począł przygotowywać do wywieszenia pawilonu okrętowego.
W chwili właściwej majtek ów wspiął się na sznurową drabinę, i, jak pająk, zawisł w powietrzu. Patrząc na niego, Jaśniach znowu otrzymał dar owego uśmiechu, który już Ewa widziała na jego twarzy, a który ją napawał trwożną czcią dla tego człowieka.
Niespodzianie dla samej siebie, jakby pod wpływem widoku tych gór i pod wpływem cudnego zapachu macchii, zbliżyła się jeszcze bardziej do posępnego towarzysza drogi. Ogarnęło ją i popchnęło ku niemu niewyjaśnione wzruszenie. Nie wiedząc dlaczego, zadrżała... Ale wraz z tego drżenia wyłoniło się nieodwołalne, żelazne powzięcie duchowe: