Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/389

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zagranicznym i cudzoziemskiej czapeczce, wzorowanej na czapeczkach lordów angielskich, którzy z próżniactwa podróżują, — ale ja?...
— Można być w eleganckim kostyumie i żyć w rzędzie ludu, a można być w strzępach, gałganach, boso i z gołą czupryną, a należeć do »burżuazyi«.
— No, to już są, przypuśćmy, des figle mądrości...
— Bynajmniej. Jakiś, dajmy na to, »poseł do dumy«, quasi-chłop, choćby wdział cztery najbardziej cuchnące sukmany, dwie czapki baranie i wetknął w nie trzy pawie ogony, będzie i tak fagasem renciarzy rolnych, podczas gdy elegant w surducie z angielskiego kortu i we francuskim szapoklaku będzie stał w rzędzie ludu, jeżeli tam stanie duchem. Mnie się coś zdaje, że i pani, pomimo swej wykwintności, należy do nas. Bo lud, jak to sformułował w nieśmiertelnem prawie swem wielki poeta, — to »człowiek cierpiący, człowiek tęskniący i człowiek wolny na duchu«. Jest w naszej przeszłości pewne imię, które dla mnie jest światłem w ruinach: — Stanisław Worcel. Litewski magnat, wykwintny i subtelny pan, który zstąpił w lud i stał się jednym z ludu...
— Gdybyż to tak rzeczywiście było! Gdybyż to można do czegoś należeć, jak fala należy do morza! Gdybyż można uwierzyć, że jest jakiś olbrzymi lud, który czuje wraz ze mną...
— Lud-Duch... — podszepnął Jaśniach zsiniałemi wargami.
— Lud-Duch... — powtórzyła z uśmiechem.
Gdyby uwierzyć, że on to złamie wszelkie kajdany,