Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ów mój natychmiastowy wyjazd z Rzymu?
— Nie.
— Więc co?
— Nie wiem! Nie wiem! A tutaj... Moi rodzice, cały mój kochany, cacany świateczek, któryby mię po powrocie godnie przywitał. Jakbym spaliła siedemnaście wsi!...
— No więc?
— Powiedzą, żem z panem pojechała zagranicę i że mię pan poprostu...
— Woli pani »dobrą opinję« w swoim świateczku, niż wyzwolenie duszy Łukasza i swojej z kajdan? Ja pani mówię jeszcze raz: oddacie mi wszystko, gdy będziecie mogli! On może zarabiać gdziekolwiek, — we Francji, w Niemczech, — byle nie w Austryi... — dodał z niemiłym uśmiechem.
— Jego żona zgadza się na rozwód... — szeptała Ewa w zamyśleniu, na wpół do Szczerbica, na wpół do siebie, cicho, jak głęboką tajemnicę. — Mogłabym mu zawieźć dar, — własną jej ręką wystawione żądanie rozwodu. Moglibyśmy wziąć tam ślub. O, Boże mój! Boże mój! Po co mi pan to wszystko ukazał? Co ja teraz nieszczęsna, pocznę? Jakie ja teraz będę miała noce!
— Cóż panią wstrzymuje?
— Ojciec.
— A ojciec pani czem się trudni?
— Mój ojciec... — rzekła z błędnym uśmiechem
szuka zawsze posady. Jest to moje jedyne, kochane, najmilsze, niewinne, bezradne dziecko. Stary malec... Jeżeli go i teraz rzucę, to już z kretesem zginie. Och —