Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/304

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jaki pan dobry! Jaki szlachetny, szlachetny! Gdybym ja stąd uciec mogła, pojechać tam, do Rzymu!
— Czemu ja głupia nie pojechałam? No głód, to głód, robiłabym wszystko, wszystko! — Gdybym mogła otoczyć go opieką, zasłonić sobą świat przed jego wykłutemi oczyma, jak to już zrobiłam, gdy go pan kulą przestrzelił...
Szczerbic miał teraz oczy przymrużone i skierowane na plecy dorożkarza. Coś kombinował, czy liczył.
— Proszę pani — rzekł niespodzianie, z oczyma błyszczącemi, jak brylanty, — jeśli sobie tylko pani życzy... Niech pani jedzie do Rzymu! — wyszeptał gwałtownie.
Roześmiała się dobrotliwie. Wydał jej się arcyzabawnym ze swą nieznajomością życia.
— Mówię poważnie — nastawał hrabia. — Jeżeli takie jest życzenie pani, to niech je pani wykona. Jest to obowiązek!
— Ależ za co? Moją pensję prawie w całości zabiera lichwiarka, od której pożyczałam pieniędzy. Resztę biorą rodzice. Te suknie, co mam na sobie, biorę na kredyt za poręczeniem lichwiarki Barnawskiej. A muszę się ubierać przyzwoicie, bo to należy do mego fachu.
— Wszystko to, — lichwiarka, rodzice, cukiernia, — wszystko to nic nie znaczy.
— Dla pana — tak, ale dla mnie!
Szczerbic uczynił znak ręką, że nie chce mówić przy dorożkarzu. Jednocześnie zawołał na tego woźnicę, żeby stanął. Zaproponował Ewie chwilę prze-