Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/303

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sekundy, że usiłował wyskoczyć z powozu i pójść precz od tej romansowej donny. — Dać jej pieniędzy, wyrzucić z dryndy i wyrzucić z myśli wiadomość o jej istnieniu. Nieruchome, zastygłe oczy nie mogły odejść. Bezsilne usta wyrzekły z dobrocią:
— Czy się pani już uspokoiła?
— O, już.
— To możebyśmy wspólnie rozpatrzyli pewien projekt?
— Proszę pana hrabiego...
— Nie trzeba tego tytułu.
— Przepraszam, jeżeli panu to sprawiło przykrość.
— Krótko powiem. Obecnie mam zamiar wyjechać na Rivierę. Bardzo być może, że wypadnie mi być w Rzymie.
— Ach, mój panie!...
— Chce pani, żebym się widział z Niepołomskim? Dobrze. Daję pani słowo, że się z nim zobaczę, wszystko powiem, co pani każę, oddam mu listy...
Ewa pod wpływem nagłego impulsu, pochyliła się chwyciła rękę Szczerbica, przycisnęła ją do ust, zanim zdążył zrozumieć, co to się dzieje. Po jej twarzy płynęły ciche, obfite łzy. Płakała tak długo, długo, niepowstrzymanie, zagryzając ze wszech sił drżące wargi. Powóz przebył długą aleję, wyminął domek z posągami dwu półnagich bogiń. Widziała przez łzy, — drzewa, posągi, dach domu, ale gdzie jest, dokąd jedzie, nic nie wiedziała.
Poczęła mówić, jak dziecko spłakane, które we łzach ulgę odniosło: