Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sza, — niezmierna władza ugłaskań, spieszczeń, złagodzeń wszystkiego, co jest w tem życiu smutkiem i niedolą. Oto zobaczył teraz, czem może być ta kobieta... zakochana. Uczuł, jak to ona otaczać musi umiłowaną duszę atmosferą blasku, zapachu, uśmiechów...
Ale to ona właśnie jest kochanką owego draba...!
Chwytały go teraz, nieznane dotychczas drgawki w piersiach, ruch fizyczny i kłańcanie paszczy nienasyconej. W oczach straszliwe, krwawe obrazy. Obrazy, co wloką za włosy aż na brzeg i spychają, strącają z tarpejskiej skały...
Postanowił mówić obojętnie, z przyjaźnią. — Nie dać poznać ani cienia, jak na szlachcica przystało. Wystąpi w jej i Łukasza interesie, złoży dowody jak najoczywistszej opieki nad ich miłością. Tak. Znaj pana!
Nie mógł jednakże otworzyć ust. Więc milczał.
Oczy jego stężały w nieruchomem zachwyceniu. Nie mogły się teraz oderwać od profilu głowy, przepysznie, jakby z orlą dumą osadzonej na ramionach, od rozwarcia bark, w którem osiadło niezwalczone piękno kobiecego kształtu. Od ruchu powozu promienie włosów poprzemykały się z pod ronda to tu, to tam, napełniły wzrok i mózg widzeniem złotem. A gdy tak milczał w dziwnem zaklęciu, śniło mu się na jawie, że jest dzieckiem ledwie podrosłem, które patrzy na jakieś prześliczne jezioro w Alpach, — może na Klöntalersee, a może na Grimsel...
Od chwili do chwili przemykał nieznośny wstyd, że to on, Szczerbic, ulega czarowi tej... kasyerki z cukierni, która z innym miała dziecko nieprawe! Były