Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/301

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obok siebie. Zachwyt wzmagał się i już nie palił, lecz gorzał w sercu, jak roztopiony ołów.
Szaleństwo, tajny szatan, popychało do jakiegoś nieświadomego kroku. Rzucić się do jej kolan! Dotknąć ustami jej czarnej sukni, leżącej bez ruchu nadobnemi liniami!
Wyżebrać jedno muśnięcie po twarzy przez jej ręce, przez te cudze, obce, zaprzedane ręce o wązkich dłoniach i palcach z niczem co do piękności nie dających się zrównać! Szczęście bez granic i rozpacz szarpiąca szamotały się w piersiach, szlochając i wyjąć. Łzy jak gdyby bryzgi zdziczałej wody morskiej, wpadały do gardła i paliły ogniem goryczy.
Jakże się rozstać z myślą o niej! Czyż podobna odwrócić oczy i odejść? Czyż jest na ziemi cośkolwiek poza nią? Ach, niema nic! A trzeba było zrozumieć, że ona właśnie jest cudzą własnością, cudzą kochanką, cudzą metresą, cudzą dziewką do nocnych uciech! Ta!... Ona!... Bogini Diana, nieśmiertelna!... Promienistość słoneczna, zamknięta w kształt kobiecy... Trzeba to było zrozumieć.
Szczerbic milczał.
Chciał odnaleźć w niej coś wstrętnego, cechę gminności, prostactwa, chamstwa, coś, coby mogło zmierzić, coś, coby się dało rozdąć, rozwinąć w przypomnienie... Szukał.
Ale, jakby na przekór, wysuwała się sama przecudność.
A nadto, — poza nią, poza fizyczną pięknością, jak za przeczystem szkłem, ukazywała się niepostrzeżenie rozkosz kobiecości, nieznana, głęboka, czuła du-